„Fabiola”

fragment utworu kard. angielskiego Wiseman’a z 1855 roku, poświęcony chwalebnemu życiu św. Tarsycjusza

„Więzienie, w którym przebywali chrześcijanie kontrastowało z hałasem ulicy. Panował w nim jakiś dziwny pokój i duchowe uniesienie. (…) Gdy prześladowcy przygotowywali swoim ofiarom ucztę z potraw, Matka-Kościół przygotowywał Ucztę o wiele bardziej obfitą, przeznaczoną dla dusz swoich synów. (…) Kiedy konsekrowany Chleb był już gotowy, kapłan odwrócił się od ołtarza, aby przyjrzeć się lepiej, komu mógłby Go powierzyć. Zanim jeszcze ktokolwiek zdążył się zaofiarować, młody akolita Tarsycjusz stanął na przedzie.

– Jesteś zbyt młody – powiedział kapłan.
– Ojcze – odparł Tarsycjusz – młodość będzie dla mnie najlepszą ochroną.

Wziął z ołtarza Ciało Chrystusa, owinął Je najpierw starannie w lniane płótno, następnie raz jeszcze w inny kawałek materiału i kładąc Tarsycjuszowi na ręce rzekł:

– Pamiętaj, jaki skarb składam w twe ręce. W czasie drogi unikaj tłumu i pamiętaj, że rzeczy świętych nie daje się na posiłek psom, ani pereł nie rzuca się przed świnie.
– Nie zawiodę, raczej umrę
– odpowiedział dzielny młodzieniec.

Unikał zarówno tłumnego rynku, jak i wyludnionych ulic. Przejęty świętym obowiązkiem dotarł właśnie na podwórze, gdzie chłopcy, którzy wyszli ze szkoły, przygotowywali się do gry.

– Co za niespodzianka! Tarsycjuszu! Chodź, właśnie brakuje nam jednego do gry, zawsze byłeś w niej dobry.
– Teraz nie mogę, naprawdę, mam pilną sprawę
– rzucił Tarsycjusz, starając się ominąć gromadę.
– No więc cię przymusimy – odparł najstarszy z grupy, wyrośnięte chłopaczysko, nie znoszące żadnego sprzeciwu. Natychmiast też zastąpił drogę Tarsycjuszowi.
– Stawaj do gry, słyszałeś! – rozkazał groźnie.
– Błagam was, pozwólcie mi odejść.
– Nie ma mowy
– odparł tamten. – I powiedz nam jeszcze, co tam z taką pieczą chowasz na piersi? Może jakiś ważny list? Nic wielkiego się nie stanie, jeśli ktoś go otrzyma trochę później! Daj mi go, schowamy go w bezpieczne miejsce, odbierzesz po skończonej grze. – powiedział chłopiec, wyciągając ręce, aby zabrać świętą przesyłkę.
– Nie, nie. – zawołał Tarsycjusz.
– No, co tam masz, zobaczmy ten skarb! – ciągnął tamten, dobierając się coraz natarczywiej do przesyłki ukrytej na piersiach. Bez płaczu, bez krzyków bólu, znosił jego pięści i szarpanie.
– Co się dzieje, co on tam ma? – wołał w tym czasie tłum gapiów.
– Nie wiecie? – zawołał jeden z nich. – Ten chrześcijański osioł ciągnie z sobą swoje Tajemnice!

Więcej nie było już potrzeba. Ciekawość pogan, także i tych dorosłych, aby zobaczyć i znieważyć Tajemnicę chrześcijan, obudziły w tłumie dzikie pragnienie.

– Nigdy, nigdy, dopóki żyję! – wołał maltretowany. Z omdlałych ramion, ktoś już, już, zdawał się wyrwać zawiniętą w płótno Komunię świętą, gdy nagle, dosłownie w mgnieniu oka, potężne ramiona atletycznego centuriona rozpędziły napastników. Gdy na podwórzu nie było już nikogo, znajomy centurion pochylił się nad młodzieńcem:
– Tarsycjuszu, boli mocno?
– Centurionie
– chłopak otworzył oczy – mam tu przy sobie Najświętsze Ciało, weź je pod swoją opiekę! (…)

Czcigodny Dionizy, nie mogąc powstrzymać wzruszenia, rozwierał powoli skostniałe ręce Tarsycjusza, aby wyjąć ukryty na piersiach Najświętszy Sakrament. Potem centurion zaniósł jego ciało na cmentarz Kaliksta (…).